ODPOWIEDZIALNOŚC MISTRZA DUCHOWEGO  ZA PRZEKAZ TRADYCJI

ODPOWIEDZIALNOŚC MISTRZA DUCHOWEGO ZA PRZEKAZ TRADYCJI

Wojciech Surówka OP

I

Temat mojego wystąpienia początkowo może wydawać się niezrozumiały, ponieważ ojciec duchowy, mistrz czy też starzec, odpowiedzialny jest przede wszystkim za prowadzenie swojego ucznia ku Bogu. Tak rzeczywiście jest. Jednak nasze życie duchowe nie rozwija się w kulturowej próżni. Jesteśmy członkami konkretnych wspólnot, które mają swoją historię, obok nas żyją ci, a nie inni bracia i siostry, i to właśnie z nimi mamy przejść drogę ku Bogu. Gwoli usprawiedliwienia przyznam się, że do wyboru tematu zachęcił mnie fragment książki o. Michela van Parysa. Przytoczę go tutaj w całości, ponieważ nie jest obszerny.

Szczególnym pytaniem, które chciałbym zadać (…), jest pytanie o odpowiedzialność „mistrzów” w przekazywaniu tradycji duchowej. Jaka jest ich odpowiedzialność wobec ewentualnego politycznego dryfowania tradycji religijnej spowodowanego przez uczniów? Co powinni mówić i robić, na poziomie społecznym i na poziomie pojedynczych osób, aby zaradzić przypadkom pogwałceń będących częścią historii ich tradycji religijnej? Jakie jest zadanie „mistrzów duchowych” w rozpoznawaniu autentycznego obrazu Boga dla ludzkości i ewentualnych odchyleń od prawdziwego objawienia? Jak stawiać czoło błędom? Wszystkie te pytania są [skierowane do] nas, żyjących w czasach obecnych[1].

Postawione przez o. Michela pytanie dotyczy relacji pomiędzy kulturą z jej wielorakimi aspektami a wiarą. Treść mojego wystąpienia będzie w pewnej mierze próbą dania odpowiedzi na to pytanie. Najpierw spróbujmy scharakteryzować zjawisko, które o. Michel nazywa „dryfowaniem ku polityce”.

W niedawno opublikowanej książce „Święta Ruś” francuski myśliciel Alain Besançon podjłł próbę takiego rozeznania w odniesieniu do kultury Rosji.. Zdaniem autora Rosja od wielu lat żyje nie tyle w pokusie, co w świadomym lub nieświadomym samozakłamaniu. Swój esej rozpoczyna od wiele mówiącego stwierdzenia: „Sztuka kłamstwa jest stara jak sama Rosja”[2]. Okłamywano, żeby zamaskować klęski. Najpierw cudzoziemców, a następnie samych siebie. Znajdowano sobie rekompensaty: czystość prawosławia, szeroka dusza, duchowość – i zawsze w ramach rekompensaty pogardzano Europą. W XX wieku pojawiło się kłamstwo jeszcze głębsze – kłamstwo komunizmu. Po jego upadku nic z niego nie pozostało. Rosja powróciła do swego dawnego godła i flagi, ale tylko tyle. Nie była zdolna do skonstruowania czegokolwiek na ruinach komunizmu. Czy kłamstwo znikło? Besançon twierdzi, że nie. Stało się nawet głębsze, trudniejsze do rozpoznania. Zdaniem autora rosyjska kultura, żyje poza swymi najgłębszymi nurtami. Nawet prawosławie jest tylko odgrywaniem jakiejś roli. Kiedy człowiek rosyjski pogrąża się we wspaniałości liturgii, kiedy przeżegna się po raz tysięczny przed ikoną, kiedy uderzy się w piersi, znajdzie się w stanie, który można określić jako sentymentalny. „Ma wrażenie, że staje się tym, kogo gra. – pisze  Besançon – Gdy już jednak stanie z powrotem przed trudami życia, odkrywa, że jest w dużym stopniu bezradny.”[3].

Co doprowadziło do takiego zniekształcenia? Zdaniem francuskiego myśliciela winę ponosi ideologia. Zasługą Sołżenicyna było nie tylko dostrzeżenie i zrozumienie tego, że cały system komunistyczny spoczywał na ideologii, ale przede wszystkim, że naturą tej ideologii było absolutne kłamstwo. Komunizm jest „czystym złem, niebytem, duchem zła, bytem morderczym i zakłamanym, demonem”[4]. Besançon w opisie ideologii używa klasycznego języka religijnego. Ideologia przedstawiona jest jako demon, demon kłamstwa, który kusi aby dać mu wiarę. Zmaganie się z ideologią jest autentyczną walką duchową, dlatego tak bardzo potrzebny jest nam przewodnik, towarzysz, mistrz duchowy.

Spróbujmy przyjrzeć się mechanizmom, które pojawiają się, kiedy spotykamy się z ideologią kłamstwa. Pominę dwa ekstremalne wypadki: zgody na kłamstwo i sprzeciwu przypłaconego życiem. Chciałbym skoncentrować się na postawach, które rodzą się pomiędzy tymi dwoma ekstremami. Spotkanie z demonem ideologii powoduje dwie reakcje:  milczenie lub ucieczkę. Spójrzmy na pojawiające się symptomy.

II

W 1944 roku w Warszawie wybuchło powstanie, które miało na celu wyzwolenie stolicy Polski spod panowania hitlerowskiego okupanta jeszcze do nadejścia wojsk radzieckich. Okazało się, że powstańcy nie otrzymali dostatecznej pomocy ani ze strony aliantów, ani armii radzieckiej, w wyniku czego powstanie upadło grzebiąc 150 000 istnień ludzkich. W większości byli to młodzi ludzie, nastolatkowie, a często i dzieci, które stanęły do walki. W tej sytuacji Józef Czapski, znany polski malarz i intelektualista, pisze list otwarty do J. Maritaina i F. Mauriaca. Zwraca się do nich, ponieważ uważa, że ma prawo oczekiwać od pisarzy i myślicieli francuskich, „takich, jakimi ich zawsze znaliśmy” – słowa w obronie ofiar. Niestety taki głos do niego nie dotarł. Francja milczała, podobnie jak milczała Anglia i inne mocarstwa. Czapski nie oczekiwał od francuskich pisarzy szczególnych względów dla Polski. Nie chodziło o ocalenie Warszawy, która i tak leżała już w gruzach, ale o ocalenie etosu pisarza i intelektualisty. W dalszej części listu Czapski pisze.

Rozumiem, że politycy mają swoje kombinacje, wielkie i małe, że oni nieraz ulegają względom taktycznym. Toteż nie do nich się zwracam. Ale są myśliciele, pisarze, których rolą zawsze było mówienie prawdy[5].

Czapski czuł, że nie chodzi tylko o sprawę Polski, ale o kwestię ciągłości kultury, o kontynuowanie tradycji. Chciał uratować autorytet moralny i intelektualny pisarzy, ale przede wszystkim nie dopuścić do przerwania ciągłości europejskiej tradycji. Zwraca się do Francuzów z dramatycznym apelem:

nie uratujecie od wyschnięcia podwójnego nurtu Waszej tradycji chrześcijańskiej i rewolucyjnej, jeżeli nie wystąpicie jednocześnie w obronie narodów, które są wcieleniem tej samej istoty kultury. Sprawa Polski i sprawa narodów europejskich ujarzmionych jak ona – to sprawa moralna, to sprawa sumienia świata. Jeżeli dla gry, krótkowzrocznej polityki czy taktyki Francja, tak jak inne wielkie narody, zlekceważy ich los, przestanie być w oczach świata tym, czym była, spadkobierczynią i wyrazicielką wspólnej tradycji, obrońcą uniwersalnych idei. Waszym milczeniem będziecie współdziałać w zniszczeniu — może na zawsze — tak drogiego, dla Was i dla nas, autorytetu moralnego i intelektualnego Francji na świecie[6].

Czapski nie doczekał się oficjalnej odpowiedzi od francuskich intelektualistów. Mauriac przyznał po jakimś czasie, że nie chciał drażnić Rosjan. Z Maritainem natomiast spotkał się Czapski prywatnie w 1945 roku, kiedy ten piastował urząd ambasadora przy Stolicy Apostolskiej. Maritain tłumaczył się, dlaczego nie zareagował w ogóle na list Czapskiego:

— Nie mogę darować Polakom ich antysemityzmu i ich stosunku do Rosji. Podajecie się za ludzi, którzy mają misję na Wschodzie, twierdzicie, że jesteście przedmurzem chrześcijaństwa, a z drugiej strony uważacie Rosjan za półludzi, macie do nich głęboką pogardę[7].

Stosunek Czapskiego do Żydów i Rosjan był powszechnie znany i nie sądzę, żeby Maritain stosunek tym nie wiedział (Czapski przyjaźnił się z D. Mereżkowskim, D. Fiłosowowem). Tym bardziej dziwi krótkowzroczność Maritain, jakieś dziwne zawężenie horyzontu. Zdaję sobie sprawę, że wiele moglibyśmy zarzucić Polakom w kwestii naszego stosunku do Żydów i Rosjan, szczególnie w okresie dwódziestolecia międzywojennego, ale wyciąganie tego argumentu jako odpowiedzi na list Czapskiego jest zupełnie nietrafione. Czym miałoby być jego milczenie? Karą za niegodne traktowanie Rosjan? Naganą za złe sprawowanie? Skąd bierze się ta krótkowzroczność Maritain? Na bardzo ważny motyw wskazuje Czapski w swoim liście.

Krwawe wołanie Warszawy nie dochodzi do Was, bo jest autentyczne. O, gdyby ono było zredagowane w biurach propagandy, przy wygodnych biurkach w Moskwie, Berlinie, Londynie czy Waszyngtonie, wtedy słyszelibyście je poprzez wszystkie radia, pisałby o nich wszystkie pisma. Ale te krwawiące zdania, często niezręczne, te sprzeczne wołania goryczy i czułości wysyłane z miasta w ogniu, nie dochodzą do was.[8].

Mowa tu o metafizyce, a nie jedynie o etyce. Milczenie wobec cierpienia każdego człowieka jest zdradą etosu nie tylko chrześcijanina, ale i wolnościowej tradycji oświecenia tak bliskiej Francji. Maritain być może nie widział tego cierpienia, nie słyszał tego autentycznego krzyku, ponieważ jakiś inny krzyk, jakieś inne cierpienie przesłoniło mu horyzont? Sprzeciw wobec antysemityzmu i poniżenia Rosjan, nie pozwolił Maritainowi przeczytać tych „krwawiących zdań, tego sprzecznego wołania goryczy i czułości”. Argument przedstawiony przez Czapskiego wydaje się o wiele bardziej aktualny w dzisiejszych czasach, kiedy większość informacji dociera do nas za pośrednictwem środków masowego przekazu. Co ciekawe niektóre z dramatów powodują pojawienie się protestów intelektualistów, a inne nie, tak jakby jedno cierpienie zasługiwało bardziej na uwagę niż inne.

Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tych historycznych rozważań? Po pierwsze należy być ostrożnym, co do własnej postawy. Jeśli wielki Maritain nie usłyszał krzyku cierpiącego człowieka, jak mogę być pewien, że ja go słyszę. Po drugie mój własny pogląd intelektualny (może to być jakaś tradycja, albo ideologia) nie powinny przesłaniać krzyku zwykłego człowieka. Bo co zrobić, kiedy cierpi antysemita? Myślę, że należy opatrzyć mu rany. Dla ocalenia przekazu tradycji chrześcijańskiej jest to bardzo ważny wymiar życia duchowego. Kultura jest kulturą ludzi a nie muzeów. Nasza tradycja rozpoczyna się od podania kubka wody spragnionemu. Wracając do postawionego przez o. Michela pytani, jak uniknąć dryfowania w stronę ideologii, powiedziałbym, że mistrz duchowy przede wszystkim jest odpowiedzialny za przekazanie etosu współczucia, za rozpoznanie krzyku cierpiących i ujęcia się za nimi. Takimi mistrzami dla wielu byli Matka Teresa z Kalkuty czy Jean Venier, którego wspólnoty „Wiara i światło” rozwijają się również w prawosławnej tradycji. Należy kochać wszystkie stworzenia, tę prawdę nie raz przypominają nam prawosławni teolodzy, a dziś szczególnie również papież Franciszek.

Chciałbym przedstawić jeszcze drugi z wspomnianych symptomów. Pierwszym było milczeniem, drugi to ucieczka. I znowu chciałbym zatrzymać się wokół Rosji. Od prawie dwudziestu lat polski pisarz i publicysta Mariusz Wilk żyje na północy Rosji, gdzie stara się wcielić w życie czterowiersz Tiutczewa: Umom Rossiju nie poniat’ / Arszynom obszczim nie izmierit’ / U niej osobiennaja stat’ — / W Rossiju mozno tlko werit. Polski pisarz nie może jednak zgodzić się na wyrażoną w ostatnim wersie wiarę w Rosję. „Ostatniemu słowu Tiutczewa – wierzyć, przeciwstawiłem własne – przeżyć”[9]. Jego książka „Wilczy notes” jest zapisem pobytu na Archipelagu Wysp Sołowieckich. Miejsce to wybrał nie przypadkowo. Jest ono związane zarówno z historią rosyjskiej świętości jak i totalitarnego systemu. Jego książki są kunsztownie i misternie tkanymi opowieściami o historii i teraźniejszości Rosji. Towarzyszy mu, jak o tym sam pisze w epigrafie z Tiutczewa, chęć przeżycia Rosji, pogrążenia się w Rosję.

Ani wtedy, ani później, ludzie z Zachodu nie zadawali sobie trudu, by pojąć rosyjską rzeczywistość od środka, to jest spojrzeć na Rosję oczami ruskiego człowieka i tylko potem to przełożyć na swój język, zachowując proporcję. Niestety ludzie Zachodu oglądają Rosję od zewnątrz – z punktu widzenia Europy – i przykrawają to, co obejrzeli, na swój ład[10].

Autor chciałby wejść w skórę Rosjanina i patrzeć na świat jego oczyma. Nie jestem jednak pewien czy jest to możliwe i dalsza lektura jego książek tylko utwierdzała mnie w tym przeświadczeniu. W „Wilczym notesie” wspomina, że kiedy odwiedzał swoich znajomych w Paryżu, podczas kolacji (gdzieś pomiędzy nadziewaną kaczką a deserem) przyszedł mu do głowy pomysł, aby opisać zwykłe życie na Sołowkach. Być może ten fragment jego książki jest najbardziej charakterystyczny i odsłaniający symptomy, o których mowa.

Zaznaczę od razu, że nasz byt w niczym nie różni się od sposobu życia innych Sołowczan (rzecz jasna, pomijając bomżów), warunki Dalekiej Północy narzucają bowiem określone formy postępowania: zarówno w domu, jak i na morzu. I tak: karmią nas tutaj i woda, i ziemia, i las…[11]

Wszystko to bardzo pięknie wygląda. Polski pisarza mieszkający na dalekiej Północy stara się prowadzić życie zwykłego mieszkańca Wysp. We wszystko można byłoby uwierzyć gdyby autor kilka akapitów wcześniej nie przyznawał się do tego jak naprawdę wygląda jego życie.

Tutaj na Cyplu Śledzia, parę tysięcy wiorst od Paryża, przeglądam album Czapskiego, słucham płyt Paolo Conti, a na moim piśmiennym stole leży ostatnia „Kultura”, kilka zdjęć, nieco sztychów Ducolleta i plik notatek o dekadencji zachodniego świata – jako dowód, że on jeszcze istnieje[12].

Albo tak właśnie żyją mieszkańcy Sołowek, albo to, o czym pisze Wilk jest jakąś artystyczną kreacją i udawaniem (istnieje jeszcze trzeci wariant, tylko on tak żyje a reszta to bomże). Nawet w ojczystym kraju autora, w Warszawie, w Moskwie czy Paryżu, zwykli ludzie tak nie żyją. Przeglądanie albumów z reprodukcjami dzieł sztuki i słuchanie najnowszych płyt Paolo Contiego nie leży w granicach codzienności zwykłego człowieka.

W spotkaniu z rzeczywistością wygrywa znowu demon ideologii, który kusi nie do milczenia, przemilczania niewygodnych faktów, lecz do kreowania rzeczywistości na swoją modłę. Świat wykreowany przez Wilka jest luźno związany z tym światem, w którym żyje. Nie przytaczam pierwszego lepszego eseisty, ale powszechnie szanowanego i poczytnego autora. Całość jego twórczości jest kreacją jakiejś Rosji, która nie istnieje, albo istnieje w wyobraźni Wilka. Realistyczny opis rzeczywistości ustępuje artystycznej kreacji.

W trakcie pisania zauważyłem, że śwait Dalekiej Północy jest (…), bezladny, a tutajsza rzeczywistość – pozbawiona kształtów, ktore w średnich szerokościach sa wytworem kultury. Szczątkowe formy cywilizacji, jakie tu powstały, zniszczył sowietyzm, a w przyrodzie dominuje woda, lód i błoto, zatem elementy bezforemne. W tej sytuacji powtarzanie drogi stracilo sens, jak szukanie śladów w grzezawizkach, a samo pisanie pobiegło własna tropą, odnajdując w języku podłoże twardsze niz poszycie tundry. Chcę powiedzieć, że tekst jest bardziej reralny niz świat, w ktory jest dla tekstu – pre-tek-stem…[13]

Przyznam się szczerze, że przestałem czytać jego książki w momencie, kiedy w jednym z wywiadów stwierdził, że stał się poganinem, ponieważ zjadł mięso renifera i duch renifera wszedł w niego. Czyta się to świetnie, ale czy to jest Rosja, w której przecież żyłem?

Drugim symptomem spotkania z demonem ideologii jest ucieczka przez kreację. Zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku chodzi o pozbawienie nas kontaktu z rzeczywistością. Milczenie „unicestwia” pewne fakty lub prawdy poprzez przemilczanie ich, w wyniku czego pewne części realnego świata giną z naszej świadomości. Ucieczka przez kreację mówi natomiast o wszystkim, ale czasem także o tym co nie istnieje, w wyniku czego z czasem do świadomości społecznej wprowadzane są wartości, które wcześniej tam nie istniały. Zdaję sobie sprawę z bardzo cienkiej granicy, która przebiega pomiędzy prawdziwym i fałszywym milczeniem oraz prawdziwą i fałszywą twórczością. Gdyby to było proste nie trzeba byłoby o tym pisać. Pokusa podaje się zawsze za coś nam bliskiego i dobrze znajomego, a demon ideologii nosi maskę prawdy. Dlatego tak bardzo potrzebujemy mistrzów duchowych, którzy pomogą nam odnaleźć drogę.

III  

Piszę o zjawiskach, które obserwuję od lat. Pojawiają się one w różnych formach lub konfiguracjach, lecz ich treść jest zawsze taka sama – zafałszowanie rzeczywistości. Nadeszła pora by powiedzieć coś o możliwości chronienia się przed tymi pokusami. Jak może pomóc nam w tym przewodnik?

Po pierwsze jego rola polegałaby na nazwaniu zagrożenia, które przed nami stoi. O. Michel mówi o „dryfowaniu ku polityce”, Sołżenicyn o „kłamstwie”, Besançon o „ideologii”. Niezależnie jak nazwiemy tego demona, będzie on dążył do zniekształcenia rzeczywistości.

Po drugie należy nazwać symptomy walki duchowej. W tekście opisałem dwa z nich: milczenie i ucieczka w kreację. Wydaje się, że można byłoby znaleźć ich znacznie więcej, jednak te dwa zdają się zawierać w sobie dwa główne skażenia tradycji, albo przez brak jakiś elementów lub poprzez kreowanie nowych.

Po trzecie należałoby przedsięwziąć jakieś działania pozwalające zapobiegać tego typu skażeniom. Już opisie symptomów mogliśmy zauważyć dwa proponowane wyjścia. Remedium na milczenie jest współczucie wobec każdego cierpienia. Natomiast przez nadmierną kreacją może ustrzec nas umiłowanie tradycji.

Być może na nowo trzeba przemyśleć odpowiedzialność mistrzów duchowych za przekazywanie tradycji. Być może powinni oni wypowiadać się nie tylko w sprawach rozwoju życia duchowego w wąskim sensie tego słowa. Zjawiska, o których była tu mowa, pokusy demona „ideologii kłamstwa” czy „politycznego dryfowania” będą stale obecne w naszej kulturze. Ośmielę się nazwać je wszystkie biblijnym sformułowaniem pokusy nieczystego serca. Chodzi o pewien brak ostrości widzenia rzeczy. Belkę spoczywającą w naszym oku. Nasze spojrzenie powinno obejmować równocześnie „autentyczny krzyk cierpiących” i „całą tradycję”.

Z błogosławieństwem czystych serc Jezus pozostawia nam obietnicę, związaną z oglądaniem Boga: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5, 8). Kierunek, który należałoby przyjąć wiedzie ku widzeniu Boga i dopiero potem, z kontemplacji wypływa kultura. Podobny schemat możemy prześledzić w Księdze Powtórzonego Prawa. Budowa Przybytku, dokonywała się według wzoru ukazanego Mojżeszowi na Górze Synaj: „Uczyń wszystko tak jak ci pokazałem na górze” (Wyj 25,47; 26,30; 27,8). Chciałbym zakończyć pięknym cytatem z jednego z moich ulubionych teologów Romano Guardiniego.

Na dnie autentycznego, zdrowego życia kryje się duch kontemplacji. Choćby nie wiem jak potężna była siła woli i działania, i poszukiwań, musi ona spoczywać na jakiejś głębi, gdzie panuje cisza, głębi, która odbija się w wiecznej i niezmiennej prawdzie. Taka jest postawa człowieka zakorzenionego w wieczności. Jest nią pokój. Ma w sobie równowagę, jaka daje zwycięstwo nad życiem. Nie spieszy się, ma czas. Może czekać karmiąc to, co wzrasta. Jest to prawdziwie katolicka postawa. A jeśli prawdą jest, że katolicyzm pod wielu względami pozostał «w tyle» za innymi wyznaniami — Bóg z nim! Nie mógł wszak iść w zawody z rozpętaną, wyrwaną z odwiecznego porządku wolą. Uratował za to coś niezastąpionego i cennego: prymat logosu nad etosem, w którym wyrażają się niezmienne prawa życia[14].

Jak jest charakter odpowiedzilności naszych duchowych mistrzów? Co powinni robić? Przede wszystkim prowadzić nas ku Boga, uczuć kontemplacji. Wracamy więc do początku.



[1] M. van Parys, Jeden ze wszystkimi, tłum. K. Kubieniec, S. Jankowska, Kraków 2010, s. 155-156.

[2] A. Besançon, Święta Ruś, przeł. Ł. Maślanka, Warszawa 2012, s. 11.

[3] A. Besançon, Święta Ruś, przeł. Ł. Maślanka, Warszawa 2012, s. 34-35. Oczywiście zdaję sobie sprawę z kontrowersyjności tez Alaina Besançona. Książka wymaga szerszego omówienia. W niniejszym tekście chodziło mi o pokazanie mechanizmu, który trafnie został scharakteryzowany przez autora, co nie oznacza, że można odnieść go do całości kultury rosyjskiej.

[4] A. Besançon, Święta Ruś, dz. cyt., s. 98.

[5] J. Czapski, List otwarty do J. Maritaina i F. Mauriaka, „Więź” 3/1993, s. 24.

[6] J. Czapski, List otwarty do J. Maritaina i F. Mauriaka, „Więź” 3/1993, s. 24.

[7] J. Czapski, Czytając, Kraków 1990, s. 185-186.

[8] J. Czapski, List otwarty do J. Maritaina i F. Mauriaka, „Więź” 3/1993, s. 22.

[9] M. Wilk, Wilczy notes, Gdańsk 1998, s. 12.

[10] Tamże, s. 55-56.

[11] Tamże, s. 68.

[12] Tamże, s. 67.

[13] Tamże, s. 226.

[14] R. Guardini, Bóg daleki, Bóg bliski, Poznań 1991, s. 159.

zp8497586rq